Nic co ludzkie nie jest mi obce
Blog > Komentarze do wpisu
Ojcowskie miesiące – Pierwszy
Czasem człowiekowi wygadanemu słów brakuje, by w krótkim wstępie opisać coś tak skomplikowanego i nieuchwytnego jak pierwszy miesiąc ojcostwa. Dlatego wstęp może pomińmy!

Amok

Uważam się za bardzo dobrze przygotowanego ojca. W zasadzie moja praca bardzo często polega na zaglądaniu ludziom w historię pierwszych miesięcy życia dziecka, bo tam często są informacje o obecnych zachowaniach dziecka. Zakładam, że jednak przeciętny ojciec nie robi na cały etat w pracy w dzieciach :) Do tego dochodzą duże ilości książek oraz wielka moc znajomych fachowców od dzieci, z którymi siłą rzeczy się stykam. Dorzućmy jeszcze szkołę rodzenia, setki rozmów, ośmioro dzieci moich braci. No normalnie bezdzietny pan profesor od ojcostwa. Zresztą warsztaty dla ojców prowadzę od lat i w zasadzie podczas nich nie usłyszałem jeszcze, żebym się z choinki urwał.

To co się działo w pierwszym miesiącu w zasadzie przebiegło wedle oczekiwań, a mimo to trzeba szczerze powiedzieć, że był to po prostu amok. Dziecko wprowadza rodziców w taki stan, że nawet odporny na emocje psycholog ochuje i achuje na widok pingwina na bodziaku. Zdecydowanie jest to czas, kiedy nie chciałoby się mieć kamery w domu, bo łażą wariaci po domu i wzdychają na każdy gest dziecka.

Osobiście rozczulałem się nad efektem moro, bo Natalia ma długie nogi i ręce, więc jak je w ramach tego moro rozczapierzy, to jest z niej kawał pająka. Nie potrzebowałem oksytocyny, by wpaść w amok hormonalny na widok dziecka. Duma, radość, rozczulenie – to wszystko wylewa się litrami z uszu i może to jest taki mechanizm, by przeżyć spokojnie zmniejszoną ilość snu, ograniczenie wielu aktywności i totalne, choć spodziewane, zmienienie swojej codziennej rutyny.

Mały zwierz

Od początku staram się z Natalią nawiązywać relację. Ona ze mną, cóż no może niekoniecznie. Na pewno dla mnie są to wyjątkowe momenty, jak chwila, kiedy 1,5 godziny po porodzie w moich ramionach dzieciak zapada w pierwszy w swoim życiu zewnętrzny sen. Pierwsze tango na moich rękach i wiele innych momentów.

Ona pozwalała mi na te ojcowskie dokazywania, wzrok niestety jeszcze nieco mętny, choć czasami rozglądała się i czuwała. Uśmiechów w pierwszym miesiącu brak, może oprócz tych przed sen, to nawet raz i się porechotała. No powiedzmy sobie szczerze, noworodek to kawał zwierza. Instynkty, odruchy, instynkty i jeszcze raz odruchy. Wola, świadomość, celowość - no nie, cudowny, rozczulający biologiczny automat.

Tak więc mogę z tym automatem obcować, ja nawiązuję relację z nią, ona może powoli ogarnia mój zapach, głos w miarę zna z brzucha, więc może i w swojej biologicznej tajemniczości też tę więź łapię. Oczywiście do czasu. Dzióbek się otwiera, zaczyna szukać piersi (kolejny odruch), nie znajduje, zaczyna płakać (instynkt) i w zasadzie spadaj ojciec. Twoja rola się skończyła.

Jak trwoga to do matki, ale z drugiej strony jak u matki to tylko z piersią. Jakakolwiek interakcja z mamą kończyła się w momencie kiedy dzieciak czuje zapach mleka czy dotyk piersi, a w zasadzie to słyszy głos czy czuje zapach matki i już odruchowo dzióbek szuka i szuka. No bez piersi nie pogadasz. Dopiero w czwartym tygodniu zaczęły się zaczątki komunikacji z Wronką (mamą Natalii).

U mnie z braku tej piersi („co z oczu to z serca”, jak mawiał Jean Piaget o noworodkach ;P) Natalia jest w stanie zaakceptować inne działania, dać mi trochę czasu na wygibasy i inne pomysły. Jesteśmy sobie, uczymy się siebie. Wronka ma takich okazji mniej, bo dla noworodka w pierwszym miesiącu mama bywa doczepką do piersi. Tak więc obydwoje w amoku zachwycamy się tym małym zwierzem, który generalnie niewiele sobie z tego robi, tylko w rozczulający sposób realizuje krok po kroku swój zwierzęcy program rozwoju, ma przy tym asortyment swoich biologicznie wkodowanych zagrań, motających nas dookoła swoich małych paluszków (które same w sobie są takim zagraniem). Podobno to się nazywa „urok”*.

Puzzle

Kluczem ojcowskiego unikania frustracji jest potraktowanie siebie jako puzzla dla mamy. Razem tworzymy rodzicielską mieszankę wszystkiego czego potrzebuje dziecko do przeżycia, a może i nawet do sensownego rozwoju.

Niemniej ja nie mogę aspirować do tego co ma mama, ona nie może chcieć tego co mam ja. Ona ma potężną broń uspokojenia i więzi w postaci karmienia piersią. Czasami choćbym na głowie stanął – nie mam takiej mocy. Ja mam z kolei znacznie częściej wolne ręce, prawo do pełnego spania, a czasem czas dla siebie i możliwość swobodnego wyjścia z domu!

Znaczy to, że ja nie mogę się frustrować tym, że czasami Natalia jest zainteresowana tylko mamą, że do niej się częściej uśmiecha (tu wykraczam poza pierwszy miesiąc), że mama ma więcej okazji nauczenia się tego, jak dziecko reaguje, więc jest nieco lepszym ekspertem ode mnie (choć największą moc ma połączenie nas obydwojga).

Z kolei Wronka nie może się frustrować z mojej swobody, dzięki temu ma zawsze wodę pod karmiącym kącikiem, może liczyć na dostawy jedzenia tamże, mam siłę masować jej plecy, pójść po zakupy, załatwić urzędy (becikowe na działalności gospodarczej...mogliby to serwować jako czyściec, albo nawet i piekło, zaraz obok prasowania noworodkowych ubranek). Po prostu ogarnąć wszystko co jest dookoła. W jej przestrzeń dbania o siebie wkroczyła Natalia, w moją nieco mniej – więc ja na miarę możliwości przejmę to, co ona robiła dla siebie.

W międzyczasie ktoś musi zadbać o mnie, to z kolei będę ja i tutaj czasami trzeba przezwyciężyć kaca moralnego wyjścia na tango. Zderzyłem się już z ocenami „jak to tańczysz, to nie siedzisz całego wolnego czasu z dziewczynami?”. Nie siedzę. Spędzam z nimi dużo czasu i nie pójdę tańczyć jak jestem potrzebny, ale jak one ogarniają bez problemu, to ja idę ładować baterię. Staliśmy się mechanizmem, w którym nie ma sensu, żeby wszystkie elementy pracowały lub były na „stand-by”. Każde jak może to odpoczywa i dba o siebie, żeby w momentach potrzeb być gotowym do działania. Przyznaję, że prawo do odpoczynku, spania, kiedy Wronka karmi, tańczenia, choć ona może bardzo rzadko i raczej w domu, musi przejść przez poczucie niesprawiedliwości. Niemniej uwierzcie mi – lepiej jak jedno sobie odmawia czegoś niż jak obydwoje. Dzięki temu mam siłę robić co się da, żeby Wronka nie musiała sobie odmawiać różnych rzeczy.

Teraz zobaczysz co to rodzicielstwo

Zastanawiałem się, czy dotknąć tego tematu, bo myślałem, że będzie że się tym przejmuję, skoro to prostuję, więc mam kompleksy. Do rzeczy.

Bardzo dużo osób na wieść o pojawieniu się Natalii, zarówno w okresie ciąży jak i po urodzinach mówiło mi, że wreszcie zostanę praktykiem, a nie teoretykiem. Przyznaję, że mnie to denerwowało. Jak pisałem, dzięki przygotowaniom i swojej wiedzy wiedziałem co to będzie, obydwoje wiedzieliśmy.

Moja praca byłaby bez sensu, gdyby różniła się od praktyki, od lat wchodzę w praktyczne sytuacje, analizujemy z rodzicami wydarzenia, które się dzieją, rozmawiamy o dzieciach które istnieją i moja bezdzietność nie miała w zasadzie nic do tego.

Teraz mogę już chyba spokojnie, na podstawie dowodu rozprostować – pojawienie się dziecka nie zmienia niczego w pojmowaniu mojej pracy. Pogłębia moją wiedzę, zmusza do czytania kolejnych rzeczy, wyłapywania niuansów i daje mi mnóstwo nowych przykładów – to jest super. Ale nie jest tak, że dopiero teraz poznaję swoją pracę, bo mam to samo w domu.

Teoria jest o praktyce, praktyka jest odzwierciedleniem teorii. Jeśli teoria nie ima się praktyki – to jest niepotrzebna. Oczywiście praktyka ma w sobie domieszkę emocji, zmęczenia, nieobiektywnego spojrzenia na kochane dziecko, przebrnięcie przez obawy, czy wszystko jest ok. Niemniej nadal, byłoby kuriozalne, gdybym dopiero po porodzie się dowiedział, co to jest rodzicielstwo. Więc tak nie było.

Na pewno zginiecie i będzie strasznie

To co było dla mnie uderzające w pierwszym miesiącu, chyba jako jedyne, to … że był fajny. Wszyscy ostrzegali, że poród będzie masakrą. Potem miało być tak, że jak wrócimy, to dopiero się zacznie. Generalnie na każdym kroku słyszałem, że zaraz będzie masakra. Jedyną rzeczą, której się spodziewałem, a która się nie stała, to właśnie ta masakra. Nie wiedziałem, czego się spodziewać, bo tak teoretycznie (hehe...) to w miarę wiedziałem co gdzie i jak. Skoro jednak wszyscy masakrę przepowiadali to uznałem, że ona musi się zdarzyć i nie wiedziałem jedynie skąd przyjdzie uderzenie.

Nie zdarzyła się. Jest fajnie. Naprawdę fajnie. Czasem trudno, czasem niewyspanie, czasem rozkmina o co młodej chodzi. Czasem bezradność, bo nie mam jak pomóc mamie, kiedy Natalia wisi na niej non-stop, bo tak czasem ma. Ale nie oczekiwaliśmy niczego innego. Nie ma masakry, jest mnóstwo pięknych chwil, które potwierdzają, że to był dobry wybór. Bo rodzicielstwo to wybór. Nie mogę narzekać na to z czego rezygnuję, skoro sam to wybrałem. Potwierdza się, że to co wybrałem jest piękne (no i znowu na końcu pojechałem tęczą...sorry).

P.S. Widzę, że nawet w rozwinięciu nie dało się ogarnąć wszystkiego co bym chciał. To chyba materiał na książkę :) Raczej nie moją, ale na pewno materiał przeogromny.

W kolejnym odcinku: Wychodzimy w świat; moc uśmiechu; ojciec jest groźny.

 

Psychoblog Jarka Żylińskiego na Facebooku

 

*To jest dokładnie to samo, w co wpadam obserwując na kamerkach internetowych maleńkie zwierzęta, sokoły, orzełki, foki. Tyle tylko że w dużo silniejszym natężeniu i kontakcie.



poniedziałek, 14 sierpnia 2017, jarekzylinski

Polecane wpisy

  • Ojcowskie miesiące: Prolog

    Niechże blog będzie blogiem, czyli będzie nieco bardziej osobiście. Chciałem się podzielić z Wami moim ojcowskim doświadczeniem. Na świeżo, bo obserwacji z każd

  • Partyjne wychowanie, partyjna edukacja

    Nie możemy dziwić się poparciu dla tendencji autorytarnych w kraju, skoro wychowujemy dzieci w autorytarnych szkołach, przedszkolach, a także rodzinach. Test pa

  • Dwa słowa o odrzuceniu referendum edukacyjnego

    W cieniu walki o ustawy dotyczące sądów sejm odrzucił wniosek o referendum w sprawie reformy edukacji. Podpisało się pod nim 910 tysięcy osób. Muszę szczerze po

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: