Nic co ludzkie nie jest mi obce
Blog > Komentarze do wpisu
A jednak od małpy...
Zwierzęta mogą nas sporo nauczyć o wychowaniu. A już na pewno małpy, do którym nam najbliżej. Poziom opieki wobec znacznie mniej skomplikowanych organizmów w pierwszym okresie życia jest dla mnie niezwykle pouczający, jako przedstawiciela bardziej skomplikowanego gatunku ludzkiego.

Rodzice najmłodszych dzieci od początku, w tym wypadku nawet początku ciąży, są zasypywani poradami dotyczącymi traktowania dzieci po urodzeniu. Wielu z nich potem podejmuje wielki trud odrywania dzieci od siebie, żeby się nie przyzwyczajały do zasypiania na rękach, usypiania tamże, uspokajania piersią oraz do wielu innych elementów świadczących o rozpieszczeniu, rozpuszczeniu i innych „roz”.

W tym momencie mam przed oczami małpy czy lemury i się zastanawiam, czy ktoś kiedyś widział w naturze rozpuszczoną małpę? Niesamodzielnego goryla? Jak to się dzieje, że te zwierzęta bazujące niczym noworodki i niemowlęta na instynktach, jednak nie uzależniają się od matki, ale jak przychodzi czas, to stopniowo same od niej odchodzą, coraz dalej i dalej i dalej*? Przecież niemalże wszystkie spędzają pierwszy okres swojego życia 24 godziny na dobę w kontakcie z matką!

Mimo takiej „nadopiekuńczości” wyrastają z nich samodzielne jednostki, przedłużające gatunek, budujące relacje z partnerami na okresy lęgowe, samodzielnie zdobywające pożywienie. Zaczynając od totalnej zależności stopniowo dochodzą do pełnej odrębności na miarę swojego gatunku. Ten proces widać nie tylko u małp, ale także u ptaków. Np. samice ptaków drapieżnych spędzają ze swoimi małymi pierwsze dwa tygodnie** niemalże non-stop, a jednak sokół wędrowny też nie kojarzy mi się z rozpuszczeniem.

Nie wiem jak się zachowa zwierzę, któremu tej opieki się odmówi, ale wiem jak się zachowa dziecko, bo niestety przypadków badawczych tego typu jest aż nadto. Instynkt mówi dzieciom, że potrzebują być blisko matki, a ta je odpycha. Więc instynktownie zaczynają bardzo mocno zabiegać o ten kontakt i stają w konflikcie, że im mocniej dorośli odpychają tym mocniej dzieci dążą, aż do momentu, kiedy nie zrezygnują z tej walki. Usamodzielnią się mimo woli i albo zatracą więź z dorosłym, albo będą walczyły o relację w innych dziedzinach (a metody są różnorodne, od „nie umiem” na każdym kroku, przez udawanie urazów, a nawet i psychosomatyczne choroby). Badania skrajnych przypadków pokazują, że dzieci skrajnie odłączone od więzi z dorosłym mają duże problemy rozwojowe.

Nie da się uciec od tego, że dziecko, instynktowne jak każde zwierzę, potrzebuje bliskości. Jasne, ewolucja pozbyła się włosów z całego ciała i to w jakiś sposób sugeruje, że nie jesteśmy predestynowani do takiej bliskości jak małpki czy lemury wczepione w sierść matki, gdzie spędzają większość niemowlęcego życia.

Niemniej jestem w stanie zrozumieć dziecko, które chce być często na rękach, czując oddech rodzica czuje się bezpiecznie i lepiej śpi, potrzebuje piersi do uspokojenia, ponieważ pokarm to podstawa bezpieczeństwa – więc przy piersi jest najbezpieczniej.

Chciałbym w tym krótkim artykule pokazać jak rozumieć te najmniejsze dzieci, czego one chcą i jak się rozwija ich samodzielność. Chciałbym zaprosić rodziców do większej wyrozumiałości dla ich instynktów i walki o zaspokojenie potrzeb. Chciałbym też uzbroić rodziców w zbroję przeciw „dobrym radom”.

Nie chodzi tutaj o skrajność i mocno tutaj się odwołuję do Williama i Marthy Searsów, którzy tworząc podwaliny pod Rodzicielstwo Bliskości jasno opowiadali o tym, że korzystanie ze wszystkich narzędzi bliskości jest dobre dla dzieci, ale nie znaczy konieczności korzystania z nich w pełnym wymiarze. Nie jest tak, że dziecko od nie karmienia piersią, spania w łóżeczku obok czy od zostawienia samemu na czas pójścia do toalety zaraz się rozpadnie i zepsuje. Chodzi mi o zrozumienie. Samodzielność dzieci nie jest czymś do czego muszą przywyknąć. To jest coś, do czego dorosną w swoim czasie, jeśli będą czuły się bezpiecznie w ramionach rodziców wtedy, kiedy tej samodzielności absolutnie nie mają.

A jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, niech poobserwuje zwierzęta!***

 

Psychoblog Jarka Żylińskiego na Facebooku

 

*Zapewne inaczej jest u zwierzęcych sierot, które są zaniedbywane, ale tutaj brakuje mi badań, prócz klasycznych badań Harlowa nad rezusami.

**w zależności od gatunku są małe zmiany w czasie i podziale obowiązków między płcie.

*** Osoby niechętne ogrodom zoologicznym zapraszam do oglądania kamerek internetowych rozstawianych w coraz lepszy sposób w naturze



poniedziałek, 10 lipca 2017, jarekzylinski

Polecane wpisy

  • Ojcowskie miesiące – drugi

    Pierwszy miesiąc dziecka jest chyba najbardziej urodzajny w zmiany. Nie na darmo czasem wyodrębniany jako etap życia jest okres noworodkowy – pierwsze czt

  • Ojcowskie miesiące – Pierwszy

    Czasem człowiekowi wygadanemu słów brakuje, by w krótkim wstępie opisać coś tak skomplikowanego i nieuchwytnego jak pierwszy miesiąc ojcostwa. Dlatego wstęp moż

  • Mężczyzna prawie karmiący

    Kończy się właśnie Światowy Tydzień (Promocji) Karmienia Piersią. Chciałem dołożyć doń dwa grosze z męskiego punktu widzenia. Z braku piersi karmiącej jest to o

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Paulina, *.dynamic.gprs.plus.pl
2017/08/24 00:04:17
Bardzo ciekawy tekst. Odnośnie małpy przypomniał mi się tekst opublikowany przez Hafiję- ingerencja człowieka była przyczyną, że gorylica nie karmiła swojego pierwszego potomka. A po drugim porodzie nie pozwoliła się zbliżyć człowiekowi do dziecka i z laktacją nie było problemu. To pokazuje jak zwierzęta potrafią się kierować własnym instynktem. Niestety u kobiet, gdzieś ten instynkt jest głęboko schowany. Uważam, że dużym problemem jest podkopywanie kompetencji u matki już od samego porodu, bo przecież położna, lekarz wiedzą lepiej. Później mama, ciotki, teściowa dołożą swoje trzy grosze. Pseudoporadniki typu "jak nauczyć dziecko przesypiać całą noc" także mieszają w głowie, nie wspominając o internecie, gdzie namy się przechwalają, jak to ich dzieci śpią jak aniołki na zawołanie.
I jeszcze chciałam wspomnieć o pewnej mojej obserwacji. Zadziwia mnie pewien paradoks - z jednej strony w pierwszych latach życia rodzice chcą bardzo usamodzielnić dziecko, niech już wreszcie chodzi, mówi, sam zasypia itp, a z drugiej strony, gdy już jest trochę starsze, to zabraniają mu np. samodzielnie iść do pobliskiego sklepu w obawie, że może mu się stać krzywda... Gdzie tu sens i logika?