Nic co ludzkie nie jest mi obce
Blog > Komentarze do wpisu
Potrzeba matką wynalazku
„Dzieci wychowują się same”. Nie jestem pewien, czy jest tak do końca i tej dyskusji raczej unikam. Ale na pewno jest w tym bardzo dużo prawdy. Dziś jeszcze raz zapraszam Was do tego, by czasem się po prostu odsunąć.

Inspiracją do tego tekstu jest park we Lwowie. Położony na wzgórzu, długi na kilkaset metrów. Codziennie tamtędy przechodzę uważając by pokonać tę przestrzeń na nogach, a nie innych częściach ciała. To co dla mnie jest pułapką, dla dzieci (a czasem także ich rodziców) jest świetną zabawą, bo wszelkie pojazdy śnieżne suną z tego wzgórza ze sporą prędkością, by potem z mozołem być wciągnięte na górę (tu się najbardziej przydają rodzice, choć widziałem też obrazek chłopca wciąganego na sankach przez dwie koleżanki).

Sanki lecą w dół i w górę, do tego są przechodnie walczący z lodem o przeżycie, pieski odziane w gustowne ciepłe wdzianka. Generalnie sporo możliwości do zderzeń, uszkodzeń i tym podobnych.

Przyglądam się dzieciom w tych momentach, w których ciśnie mi się na usta „UWAGA!” i widzę w nich spokój, a zarazem ostrożność. Jak trzeba, zatrzymają się, skręcą. Robią to, choć właśnie nikt za nimi tego nie krzyczy. Skoro nikt nie krzyczy, muszą być same uważne i okazuje się, że potrafią.

Potrzeba matką wynalazku

Kiedy czegoś chcemy – to będziemy do tego dążyć. Jeśli ktoś nas w tym zastąpi – to się tego nie nauczymy. Tak się właśnie dzieje z dziećmi i ich samodzielnością. Podczas warsztatów widzę, że jest to jedna z najbardziej pożądanych przez Was cech/umiejętności. Dzieci we lwowskim parku osiągnęły własną, wewnątrz sterowną „uważność”*. Same umieją zadbać o swoje bezpieczeństwo.

To samo dzieje się w wielu innych dziedzinach. Na język (albo raczej na palce) ciśnie mi się choćby nauka i ci zmęczeni rodzice tracący tony swoich emocji i sił na zachęcenie dzieci do nauki. Zostawiam na razie w ogóle problem edukacji i tego czemu trzeba te dzieci do nauki zachęcać.

Zatrzymam się właśnie nad tym problemem, że rodzice bardzo często biorą odpowiedzialność za dzieci. Namawiają je do odrabiania lekcji, sprawdzają zeszyty, przepytują, tworzą plany i nagle się okazuje, że dzieci już tego same nie robią. Czasem „nierobiąc” koczują dookoła rodziców i zdarza im się trochę prowokować, żeby rodzic zadbał o swoją odpowiedzialność. Dzieci, którym się pozostawia ich naukę prawdopodobnie same o to zadbają, niezależnie od tego czy motywowane są ciekawą wiedzą czy (niestety) ocenami.

Za każdym razem, kiedy robimy coś za dziecko, ono nie musi tego robić. To trudne wyważyć gdzie są granice, kiedy dziecku pomóc, bo ono może nie dać rady z jakimś problemem. To często wynika z konkretnej sytuacji, bo jednego dnia dziecko sobie świetnie radzi z ubieraniem, a innego dnia jest tak utęsknione po wyjeździe rodzica, że nagle „przestanie potrafić”, by poczuć jego opiekę.

Ta trudność nie jest wcale taka …. trudna. Bardzo pomaga zaufanie do dzieci, że one naprawdę świetnie się same regulują i wcale nie mają generalnej potrzeby bycia wyręczanym („bo wlezie Ci na głowę!”). Kiedy są pewne opieki osób, które odpowiadają za ich bezpieczeństwo, zaczynają same dążyć do samodzielności.

Kiedy jest wszystko w porządku, to starczy się „nie narzucać”, wtedy dziecko samo weźmie za siebie odpowiedzialność, a kiedy zobaczy, że problem je przerasta – poprosi o pomoc. Czasem warto poczekać, czy dziecko samo się podniesie, dosięgnie, poradzi z problemem. Jeśli jest przyzwyczajone do tego, że może na Was liczyć, to zapyta się dokładnie w tym momencie, w którym będzie czuło, że jest już potrzebna pomoc.

Mechanizm to tylko fragment

Pokazałem tutaj pewien mechanizm. Oczywiście jak zawsze, to tylko fragment rzeczywistości rodzicielskiej. Do takiego rozwoju potrzebne jest stymulujące otoczenie. Nie za trudne, bo nadmiar porażek zniechęci, nie za łatwe, bo nie stymuluje wystarczająco. Ważne są wzorce rodziców i innych osób, które dzieci obserwują. Jest do tego 1000 innych czynników, które są tak indywidualne, że często je zmieścić. Niemniej cudowny mechanizm wrażliwości na nadmiar wyręczania może się przydać do umieszczenia gdzieś w rodzicielskiej głowie :).

Psychoblog Jarka Żylińskiego na Facebooku

*uwaga językowa, nie ma takiego słowa, ale jest ono znacznie bardziej precyzyjne niż językowo prawidłowa w tym miejscu „uwaga”



środa, 07 stycznia 2015, jarekzylinski

Polecane wpisy

  • Ojcowskie „miesiące” - trzeci, czwarty i piąty

    Coś z tych miesięcy wyszedł kwartał zdecentralizowany. Wiem, że czytaliście, bo sporo osób opowiadało, więc kontynuuję naszą historię. Historię, gdzie ojciec za

  • Ojcowskie miesiące – drugi

    Pierwszy miesiąc dziecka jest chyba najbardziej urodzajny w zmiany. Nie na darmo czasem wyodrębniany jako etap życia jest okres noworodkowy – pierwsze czt

  • Ojcowskie miesiące – Pierwszy

    Czasem człowiekowi wygadanemu słów brakuje, by w krótkim wstępie opisać coś tak skomplikowanego i nieuchwytnego jak pierwszy miesiąc ojcostwa. Dlatego wstęp moż

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: